03 maja 2026

Czynię oficjalne oświadczenie o postanowieniu poprawy!

Nigdy więcej po 20 nie będę chodzić z psem po lesie. Obiecuję. 

Tak się składa, że od zawsze jestem mało inwazyjną istotą w środowisku. Do tego Kosmateusz (pomiot szatana, pomniejszy demon, mój chowaniec - czyli spaniel) nie ogarnia co to jest dzika zwierzyna, ani nie traktuje jej zapachu jako czegoś niezwykłego, bo cały las tym śmierdzi.  No więc najpierw naszczekała na mnie sarna. Zasadniczo kozioł sarny, który się wkur..., że mu nagle wyrosłam zza krzaka, jak on sobie przez ścieżkę szedł i się wystraszył, bo pomyślał, że to jakiś drapieżnik, a to tylko ja i spaniel. No ale jak mi rodzina dzików dokładnie wyrazem ryjów dała do zrozumienia, że co ty tu laska odpierdalasz, my tu do znajomych idziemy i halo? To zrobiło mi się trochę gorąco. To na pewno przez te uderzenia gorąca w perimenopauzie. Na wszelki wypadek, grzecznie sobie poszliśmy do domu. Możliwe, że powinnam chodzić z krowim dzwoneczkiem u szyi, bo w sumie w samo południe, też mają na mnie wyrypane wszelakie zające, bażanty  i lisy. Tu już jest nieco gorzej, bo Kosmateusz zające kojarzy, a bażanty majaczą mu się jak coś z genów dalekich przodków. Nagłe wyrwanie ręki ze stawu to nie jest coś czego oczekuję na miłym relaksacyjnym spacerze wśród sosen. Ogólnie mimo wszystko największy problem w Kosmateuszu który ma donośny głos, toteż nie wiem czy jakaś dzicza policja nie przegoniłaby nas za przekroczenie decybeli jak coś. Nie przypominam sobie takich problemów, kiedy gówniakiem będąc włóczyłam się po suwalskich lasach. Wtedy wszystko mijało mnie bez większych ekscesów. No ale chciało się mieć chowańca, to teraz trzeba ponosić konsekwencje... 

01 maja 2026



 Kiedyś kiedy nadejdzie ten dzień, że będzie idealnie... a w dupie to mam!

Nie jest i nie będzie, bo na tym życie polega, a odkładanie czegokolwiek "bo kiedyś" - powód dowolny - prowadzi wprost do trumny. Patrzę na zdjęcia z szybowców i myślę sobie, laska, jak to dobrze, że nie wpadłaś na ten genialny pomysł, że zaczniesz latać jak schudniesz! Wciąż nie jestem chuda, za to obecne ceny i mój stan przy perimenopauzie zdecydowanie w tej chwili nie rokują powrotu pod chmury.  

Długo mnie nie było - patrz wyżej. No bo jak wrócić do bloga, to koniecznie z przytupem, planem marketingowym na super kontent i takie tam, wszyscy wiedzą ;). Dlaczego teraz? Bo ja gadułą jestem. Gadanie z Chatem GPT to jak gadanie z sobą, tylko na sterydach,  z dostępem do faktów w internecie :P.  Tu też niejako gadam ze sobą, ale istnieje niewielka szansa, że jednak ktoś to przeczyta.                    Na przykład zobligowany namolną znajomą wypisującą wiadomości na whatsupie: ej weź zobacz, mój powrót na bloga (odcinek milion ósmy :P) 

Poza tym Japońscy naukowcy przekonują, że pisanie jest bardzo dobre dla mózgu i zapobiega demencji (tak jestem już w tym wieku, że zaczynam się tym interesować), niestety dotyczy to pisania odręcznego. Jest nawet trend - pisanie swoich przemyśleń. No jasne, powiedzcie to takiemu dyslektykowi jak ja :P. Mam problem z odczytaniem własnych, szybkich notatek w pracy po 5 minutach. Zresztą koniec z walką z systemem mózgowym. Jak zobaczycie tu jakieś literówki, błędy i dziwne przecinki lub ich brak i będzie to wam przeszkadzać to wiecie, gdzie się możecie pocałować. Zwłaszcza, że się jakieś zasady pisowni zmieniły i błagam - ja tego nie ogarnęłam jeszcze. 

Czy coś się u mnie zmieniło podczas tej przerwy? Wszystko! W dodatku biorąc pod uwagę,                 że zaczynałam tego bloga mając trzydzieści kilka lat... kawał czasu, niektórzy tyle nie żyją  :).

Do brzegu ;)

Jestem czarownicą, taką leśna zieloną i samotniczą. Praca zawodowa z ludźmi na co dzień, niejako odstręcza mnie od wszelakich covenów - mam póki co przesyt. Mieszkam w swoim wymarzonym mieszkaniu w kamienicy, tuż obok lasu, do którego mam prosto mała niebieską furtkę.                            Tak, przeprowadziłam się. Na stanie dwa koty i pies. Pokaźna biblioteka książek zielarskich i porzucone studia zielarskie na koncie. Po uzyskaniu certyfikatu zezwalającego mi na prowadzenie zielarni, straciłam zapał przy biochemii xD. 

Do Niebieskiego zrobili nam drogę. Za miedzą powstanie osiedle domów jednorodzinnych. Kiedyś mi się to śniło, ale nie sądziłam, że się z tego ucieszę. Tauronie, nadchodzimy z ponownym wnioskiem        o przyłączenie do prądu! Teoretycznie z hektarem ziemi w tej okolicy, możemy czuć się milionerami. To nam wystarczy ;). W kwestii bycia zamożnym, jako rodzina osiągnęliśmy poziom "Old maney" .      Jest szansa, że moja bratanica, jak już wszyscy przeniesiemy się w lepsze okolice galaktyki, posprzedaje wszystkie te nasze chałupki, kupi sobie fajne auto. Może Tesle xD? 

Poza tym, po depresji, na schodzeniu z leków, okazało się (no może nie była to sprawa 5 minut, tylko testów i wywiadów ;)), że mam AuDHD. Oficjalnie zdaje się ADHD, bo jeszcze chyba nie ma zatwierdzonego, że ten miks występuje :). To serio zmieniło wszystko w moim podejściu do siebie i do życia.

Tak, dalej kolekcjonuje dziurki w uszach i... tatuaże :) Mam już dwa - ikrana na plecach i przepiękną grafikę na ramieniu. Wszyscy jęczą, że teraz taka moda, to wszyscy robią. Ja się z tej mody cieszę.        Nie byłam za bardzo taka do przodu, żeby zrobić tatuaż, kiedy to było niszowe, a zawsze chciałam :). Teraz mogę i spełniam marzenia nie wywołując kontrowersji w rodzinie.  

Nowa miłość? Po szybowcach było ciężko znów się w czymś zakochać... a jednak, życie nie znosi próżni. W garażu (ha! mam też garaż, specjalnie się przeprowadzałam, żeby go mieć xD) stoi moja mała Hania - Honda cbr 125 i moja przyszła duża Hania - Honda CBR 600 :))))). Jak już zdam egzamin na prawko na A. Ostatni termin w zeszłym roku, odwołano z powodu pogody. Jest początek sezonu jest i nadzieja na pozytywne zakończenie sprawy xD.

Moje adhd podpowiada mi jeszcze sto absolutnie ważnych rzeczy do napisania, a moje au ciągnie mnie już na spacer, bo jest przebodźcowane tym potencjalnym tłumem czytających xD. Tak więc znikam. Może tym razem krócej niż na kolejne dwa lata - kto wie? :)

 

01 lipca 2024

Kiedy patrzę wstecz, nie potrafię siebie z tych czarnych lat rozpoznać. Porównuję się do siebie sprzed roku, widzę jak długą drogę przebyłam. 

Wygrałam.

Wciąż jestem jeszcze na lekach, ale to już pochorobowa rekonwalescencja. Znów czuję zapach lasu, zachwyca mnie śpiew ptaków, śmieję się także swoją duszą i oczami. 

Znalazłam nową pasję, trening siłowy. Miał to być jedynie sposób na poprawę kondycji mojego kręgosłupa, ale wpadłam jak śliwka w kompot. Nie wyobrażam już sobie tygodnia bez treningu. Podjęłam też kolejną próbę zostania "joginką". Matko jak ja się nie nadaję. Nie mniej cały klimat wokół jogi, "gadżety" wszelkiej maści... Nie oszukujmy się, chodzę na jogę dla mojej emocjonalnej przyjemności. Przy okazji trochę się też rozciagam, co nie jest bez znaczenia, kiedy człowiekowi rosną mięśnie. Dogadałam się w tej kwestii z kręgosłupem, pozostaniemy na podstawowej jodze do rozciągania, bez forsowania biednego nadpękniętego dysku.

Sporo się też dzieje we mnie i wokół mnie. Możliwe, że  przekroczenie pewnej granicy wieku powoduje nagły rozbłysk świadomości, że można być sobą i nie trzeba oglądać się na innych. Oto cała ja, panicznie bojąca się kiedyś igieł, obecnie kompletuję kompozycję przekłuć swoich uszu, bo zakochałam się w piercingu. Zaczęło się oczywiście niewinnie, kiedy wreszcie po latach zrobiłam sobie na walentynki kolczyk w nosie. 

Pozostałe nowinki jeszcze się "szykują" i nie są do ujawnienia "szerokiej" publiczności, czyli wszystkim moim kochanym znajomym i przyjaciołom którzy od czasu do czasu jeszcze tu zaglądają, bo nie byłoby niespodzianki. 

W kontakcie. 






21 czerwca 2023

Nie wiem czy da się wrócić z drugiej strony brzegu. Zawróciłam z tej drogi zanim tam dotarłam. Chociaż w moim przypadku nie starałam się nią iść, bardziej niosło mnie na tę przeprawę samo życie, a ja nie stawiałam oporu. Pewnego dnia u boku Kilera pojawił się mój drugi strażnik- Haker, dzielnie odganiał demony. Kiedy i on nie dał już rady, pewnej nocy we śnie, odwiedziła mnie moja nieżyjąca babcia, kategorycznie mi oznajmiając, że jestem jedyną osobą, która może jej wnuczkę uratować i mam się w tym celu udać do lekarza. Trochę mi to zajęło, żeby ogarnąć, że moja babcia miała tylko jedną wnuczkę – mnie. Dłużej zajęło mi przekonanie się, że potrzebuję pomocy, a całkiem długo, żeby o nią poprosić. Jak w wielu ważnych sprawach tak i w tej zaliczyłam falstart. Kiedy leki trochę zaczęły już działać, stwierdziłam, że nie są mi już potrzebne, bo przecież „co mnie nie zabije to mnie wzmocni, a ja twarda jestem nie miętka”. Czasem to dobrze, czasem to źle, kiedy równocześnie o swoje życie walczą również twoi przyjaciele. Źle, bo ciężko być wsparciem, kiedy samemu nie ma się już siły. Dobrze, bo chociaż sił nie ma, zawsze można usłyszeć i powiedzieć „ja się jeszcze nie poddałam, ty też dasz radę”. Walczymy. Do pracy po przerwie wróciła moja pani doktor. Nie trzeba było mnie już namawiać na wizytę. Tym razem bardzo dokładnie widzę ile mam do stracenia, a ile do wygrania. Biorę leki. Strażnicy czuwają. 

Niebieski na zawsze pozostanie małą chatką w lesie. Nie przeprowadzę się tam, bo off-grid 20 lat temu wydawał się bardzo atrakcyjny, ale im bliżej emerytury, tym stały dostęp do prądu i sklep w zasięgu dojścia z balkonikiem staje się atrakcyjny bardziej. 

Nie wiem, czy kiedykolwiek zdrowie pozwoli mi na powrót na niebo, do szybowca. Nikt mi jednak już nie zabierze z pamięci zapachu trawy na lotnisku, gry świateł na chmurach i świstu wiatru na białych skrzydłach. Marzenia które stało się rzeczywistością. 

Być może uda się wrócić kiedyś na hucuły, na turniejowe wyjazdy. Kiedy przestanę mieć wstręt do przebywania wśród ludzi i przejdzie mi chęć spędzenia reszty życia zakopanej głęboko w swoim mieszkaniu pod stertą koców. Póki co samo chodzenie do pracy jest wyzwaniem. 

Na zawsze zostanie w moim sercu mój ukochany pies Mundek, tak jak i moje poprzednie cudowne zwierzaki. Niemniej znów otworzyłam się do kochania kolejnego najsłodszego spaniela na świecie. Przy okazji najbardziej rozrabiającego również.

Kiler i Haker




Pomiot szatana, pomniejszy demon Kosmateusz




30 listopada 2020

Gruba Kreska


 

To zdjęcie symbolizuje całą mnie, to jaka jestem.

To ja i Mundek na naszym debiucie wystawowym 13 lat temu. Chwilę po tym jak na okrążeniu wypięła mi się ringówka (taka smycz na wystawy), moje szczenię radośnie zwiało z ringu, a ja rzuciłam się za nim w panice,  przy okazji gubiąc z kieszeni szczotkę, która poleciała wdzięcznym łukiem i uderzyła sędziego prosto w głowę.  

Po czymś takim ciężko wraca się przed tłum publiczności i komisję sędziowską, ale cudem nie zostaliśmy zdyskwalifikowani i trzeba było tam iść. Biegać. Prezentować psa. Poczekać na werdykt.

Po wszystkim okazało się, że kiedy byłam na ringu, skradziono mi reklamówkę z psimi dokumentami: książeczką zdrowia, paszportem…

Teraz kiedy to wspominam, śmieję się do łez, bo sytuacja była absurdalna. Wtedy to była dla mnie porażka, tragedia i dramat w trzech aktach, planowałam chodzić w worku na głowie.

Wracaliśmy potem na ring nie raz i nie dwa, zaliczając wzloty i upadki. Czasem wygrywaliśmy nawet.

Rok temu zawalił mi się świat.

Po diagnozie mojej choroby, po nierównej walce o życie mojego psa, problemach zdrowotnych moich najbliższych...  po tym jak szybowce zaczęłam oglądać już tylko na obrazkach i nie było już dokąd uciec…

Podziało się jeszcze wiele innych rzeczy,  ale wciąż mnie nie zdyskwalifikowali, więc choć utknęłam przed barierką w worku na głowie i nie mam strasznie ochoty znów widzieć świata… pora znów wyjść na ring.

„Co mnie nie zabije to mnie wzmocni” powtarzam całe życie, kiedy otrzepuję piach z obolałych „czterech liter” na które wylądowałam.

Otrzepać się, wyprostować, podnieść głowę. To jeszcze nie koniec, nawet jeśli tak to teraz wygląda.